Pierwszy w historii F1 nocny wyścig w deszczowych warunkach zafundował nam ogrom emocji od samego początku – już na starcie GP Singapuru 2017 mieliśmy okazję oglądać największy chaos w tym sezonie. To, co się wydarzyło to bez wątpliwości wielki dramat Ferrari, katastrofa, tragedia… Jak inaczej można jeszcze skomentować dwa czerwone bolidy zniszczone już na pierwszym okrążeniu GP Singapuru? Nieprawdopodobnie bolesne chwile dla kibiców Ferrari i Sebastiana Vettela, szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę ich rozbudzone nadzieje po tak wspaniałych kwalifikacjach. Niemiec przejechał wczoraj rewelacyjne okrążenie ocierając się o bandę na wyjściu z 19 zakrętu i zdobył 49 Pole Position w karierze.

Niedługo przed startem wyścigu zaczął padać dość silny deszcz. Inżynierowie i kierowcy musieli naprawdę głowić się nad tym, jakie opony wybrać na początek wyścigu. Większość, w tym czołówka, zdecydowała się na opony przejściowe. Znalazło się jednak kilku śmiałków w środku i na końcu stawki, którzy postawili na opony deszczowe.

Szaleństwo na starcie

Naprawdę rewelacyjnym startem popisał się Kimi Raikkonen przeciskając się po wewnętrznej obok Maxa Verstappena, przez co młody kierowca Red Bulla znalazł się na chwilę niebezpiecznie blisko obu bolidów Ferrari. Jadący po prawej stronie Holendra Sebastian Vettel odbił wtedy lekko w lewo, zostawiając Verstappenowi jeszcze mniej miejsca na jakikolwiek manewr. Próbując odsunąć się do Niemca Max zahaczył o bolid Kimiego, który stracił w tym momencie panowanie nad maszyną. Bolid Fina obrócił się, po czym z dużą siłą uderzył w Ferrari swojego partnera z zespołu, a następnie, wypadając z toru zgarnął za sobą jeszcze Maxa Verstappena.

Tymczasem Sebastian Vettel jechał dalej, nie zdając sobie sprawy z poważnych uszkodzeń swojego bolidu po kontakcie z Kimim, ale chwilę później również i on stracił panowanie nad swoim Ferrari. Bolid Niemca zaczął się obracać, uderzył przodem w bandę tracąc nos, a następnie toczył się tyłem. Na tor wyjechał wtedy pierwszy samochód bezpieczeństwa. Z wyścigu odpadło trzech kierowców z czołowej czwórki, i to już na samym starcie! Po raz kolejny możemy mówić o ogromnym pechu Verstappena – jak nie awaria, to wypadek.

Przypadkową ofiarą tej sytuacji stał się również Fernando Alonso. Hiszpan miał atomowy start, ale niestety znalazł się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie – zanim Red Bull Verstappena się zatrzymał, uderzył jeszcze w Alonso, powodując znaczne uszkodzenia boku bolidu McLarena. To kolejna z rzędu pechowa sytuacja spotykająca Fernando; na pewno mógł on dziś powalczyć o niezły wynik, ale niestety kilka okrążeń później wycofał się z rywalizacji.

Kto ponosi winę za wypadek na starcie GP Singapuru 2017?

Zaskakujący zwycięzca

Największym szczęściarzem okazał się w tej sytuacji Lewis Hamilton, który wykorzystując całe zamieszanie objął prowadzenie w wyścigu i nie oddał go już aż do mety. Brytyjczyk niespodziewanie sięgnął w Singapurze po swoje 60 zwycięstwo w karierze i trzecie na Marina Bay. Jestem trochę rozczarowany słabszym tempem Daniela Ricciardo oraz Valteriego Bottasa. Mimo jeszcze dwukrotnego pojawienia się na torze samochodu bezpieczeństwa, nie byli oni w stanie zagrozić świetnemu dziś Lewisowi. Tuż po wypadku z pierwszego okrążenia, byłem przekonany, że znajdujący się na drugiej pozycji Australijczyk będzie toczył zażartą walkę z jadącym przed nim Mercedesem. Niestety, jedyne na co było stać Daniela, to dojechanie do mety przed słabo w ten weekend spisującym się Bottasem. Szczególnie w deszczowych warunkach, jeszcze przed wyschnięciem toru, Fin prezentował bardzo kiepskie tempo jak na możliwości swego bolidu. Dopiero pod koniec singapurskiego maratonu był w stanie nieco zbliżyć się do Ricciardo.

Niespodziewani bohaterowie

Nie licząc kierowców na podium, bohaterem reszty stawki jest z pewnością Carlos Sainz. Czwarte miejsce Hiszpana to wpaniały wynik, wielka radość dla Toro Rosso i kibiców – gratulacje! Świetna strategia i szybkie tempo pozwoliły mu na pokonanie kierowców Force India, Renault i McLarena. Jego kolega z zespołu, Danil Kvyat, mógł również znaleźć się wysoko, jednak w pewnym momencie popełnił błąd i uderzył z impetem w bandę, co spowodowało wyjazd drugiego SC. Prawdziwą sensacją jest też wynik Jolyona Palmera, który ukończył wyścig z pierwszymi punktami w tym sezonie! To najlepszy wynik w jego karierze – wielkie brawa dla sympatycznego Brytyjczyka. Prawdopodobnie ten sezon to jego ostatni rok w F1, więc dobrze, że w końcu szczęście się do niego uśmiechnęło. Tuż za nim na metę przyjechał Stoffel Vandoorne, zaliczając również swój najlepszy do tej pory występ.

Podsumowując, Lewis Hamilton poczynił ogromny krok w kierunku czwartego tytułu Mistrza Świata wygrywając dziś na Marina Bay. Na torze, na którym królować miały czerwone bolidy, Ferrari nie zdobyło ani jednego punktu. Jeśli chodzi o wypadek na starcie, ciężko w pierwszej chwili było mi jednoznacznie wskazać winowajcę tego chaosu. Oglądając jednak powtórki, już na „chłodno”, wydaje mi się, że to największy przegrany dzisiejszego wyścigu, czyli Sebastian Vettel, ponosi największą odpowiedzialność za to zdarzenie.

Ferrari GP Singapuru
Kolizja bolidów Ferrari z Maxem Verstappenem w trakcie startu GP Singapuru 2017 (fot. Przegląd Sportowy)